Fred Kent

Wywiad z Fred’em Kent’em, prezesem organizacji Project for Public Spaces 

O tworzeniu miejsc – rozmowa z Fredem Kentem, prezesem organizacji Project for Public Spaces

Architektura-Murator, 3/2007

Bardzo wiele zależy od tego, z jakim projektantem mamy do czynienia – niektórzy chcą dostać od nas program i stworzyć dobrze funkcjonujące miejsce, inni zaprojektować tylko „ładną” przestrzeń, za którą będą mogli dostać nagrodę

Mówi Pan, że gdy koncentrujemy się na miejscu, wszystko robimy inaczej. Na czym polega różnica?

- Fundamentalną zmianą jest przesunięcie odpowiedzialności z profesjonalisty na mieszkańców – użytkowników miejsca – tak, że stają się oni główną siłą definiującą miejsce. Chodzi o to, by to zwykli ludzie powiedzieli: mogę sprawić, że mój park będzie lepszy. Okazuje się, że organizacje rządowe i samorządowe nie mają odpowiedniej struktury, by tworzyć miejsca, w których chcą przebywać ludzie. Nie są one interdyscyplinarne, na przykład specjaliści od transportu często projektują miejsca dobre dla samochodów, ale nie dla ludzi.

Dziedzinami związanymi z tworzeniem przestrzeni publicznych są w dużej mierze architektura i architektura krajobrazu, w stosunku do których jest pan często dość krytyczny. Które spośród współczesnych przestrzeni publicznych uważa Pan za przykłady dobrych miejsc?

- Żadne z tych, które znam. Wciąż jeszcze nie. A powodem tego jest fakt, że społeczność projektantów nie koncentruje się na miejscu, na ludziach, ale na projekcie. Projektanci chcą pokazać swój wpływ na przestrzeń, swoją markę. Pokazują zdjęcia tych przestrzeni pełnych ludzi, zrobione w dniu otwarcia i może jeszcze kilka razy w roku. Jednak dobre miejsce musi funkcjonować 12 miesięcy w roku, 18 godzin dziennie. I mówiąc „funkcjonować” nie mam na myśli tworzenia przyciągającego uwagę, dizajnerskiego wizerunku, ale to, by ludzie chcieli tam przebywać i robić różne rzeczy. Współczesne nagradzane nowe przestrzenie publiczne nie działają w ten sposób. A jak powinny działać? Stosujemy tu przybliżoną zasadę „potęga dziesiątki” (ang. power of ten), która mówi, że w dzielnicy powinno być co najmniej dziesięć dobrych miejsc, a w każdym z nich do wyboru dziesięć rodzajów aktywności, które można by tam podjąć.

Wyzwaniem jest, jak stworzyć takie miejsce i jak, jako projektanci, możemy dokonać tego w oparciu o właściwy program. To wciąż projektowanie, ale nie takie, do jakiego są przyzwyczajone gwiazdy architektury. Gdybym był projektantem, widziałbym swoje zadanie raczej w roli moderatora, negocjatora. Pytałbym, co można robić w tym miejscu? Jak można eksperymentować, by je zaktywizować? Jakiej potrzeba infrastruktury? Jak można przekształcać projekt, dostosowując go do zmieniających się potrzeb użytkowych? Jak pielęgnować miejsce, by „wzrastało”. Jak projektować w sposób elastyczny – zarówno na co dzień, jak i na specjalne wydarzenia? Jak zarządzać daną przestrzenią? To byłoby moje zadanie jako projektanta; wielkie zdanie – w przeciwieństwie do takiego sposobu myślenia: OK, wstawię te rzeczy tutaj, a tamte formy tam i oto jest mój projekt. Podoba wam się?

Czy istnieje możliwość powiązania podejścia PPS i podejścia projektantów? Czy waszą metodologię tworzenia miejsc można na przykład wykorzystać jako początkowy etap w przygotowywaniu warunków konkursu architektonicznego?

- Jest to bardzo trudne. Jeśli rozpocznie się proces tworzenia miejsca przez określenie sposobów wykorzystania przestrzeni i aktywności ludzi, społeczności lokalnej, to potem przeprowadzenie konkursu projektowego, aby wprowadzić te idee w życie może rodzić problemy. Robiliśmy tak w kilku miejscach, teraz na przykład w Toronto. Bardzo wiele zależy od tego, z jakim projektantem mamy do czynienia – niektórzy chcą dostać od nas program i stworzyć dobrze funkcjonujące miejsce, inni zaprojektować tylko „ładną” przestrzeń, która będzie dobrze wyglądać i za którą będą mogli dostać nagrodę. Konkurs architektoniczny to „konkurs piękności”, a społeczność chce miejsca nadającego się do użytku.

W przypadku projektu parku Campus Martius w Detroit stworzyliśmy program i wizję, które potem dziesięciu architektów krajobrazu dostało jako wytyczne. I spośród nich dziewięciu chciało zrobić wszystko po swojemu, a tylko jeden naprawdę twórczo rozwinął nasze założenia w projekt. Była to firma Rundell Ernstberger Associates i to oni zostali wybrani. Wykonali świetną robotę. Później napisano o nich dziewięciostronicowy artykuł w magazynie poświęconym architekturze krajobrazu, ponieważ Campus Martius Park jest teraz najlepszą przestrzenią publiczną w Detroit. To doskonały przykład sytuacji, kiedy dobry projektant rozumie program, pracuje z nim i dzięki temu zdobywa uznanie. Ale zbyt często ci wspaniali ludzie nie zyskują należnego szacunku. Nie ma nagród przyznawanych za dobre miejsca, tylko za dobry design.

Od kilku lat w niektórych regionach Polski organizowany jest konkurs na najlepszą przestrzeń publiczną. Zwycięzcy wyłaniani są w głosowaniu internetowym przez „szeroką publiczność”. Często nagrody przyznawano miejscom nie do końca „publicznym”, jak centra handlowe czy baseny. Czy, jeśli na takie miejsca wskazują ludzie, możemy uznawać je za przestrzenie publiczne? Czy uważa Pan, że można je dopasować do zasady „potęgi dziesiątki”?

- Tak, można, ale smutne jest, gdy jedynym dobrym miejscem w okolicy jest centrum handlowe. Potrzebne są prawdziwe miejsca; prawdziwe przestrzenie publiczne. Jeśli spytalibyśmy ludzi, jakie są najlepsze miejsca w Krakowie, być może na liście znalazłoby się jakieś centrum handlowe, ale otrzymalibyśmy też dziewięć innych, naprawdę interesujących. Osobiście nie lubię takich miejsc jak centra handlowe, bo myślę, że przestrzenie publiczne powinny być publiczne w najszerszym tego słowa znaczeniu; powinny należeć do społeczności. Jednak by miejsce tętniło życiem, zazwyczaj wokoło musi być prowadzona działalność komercyjna. Ponadto, by było wartościowe i cenione przez ludzi, trzeba się nim zajmować. Nad utrzymaniem najlepszych parków na świecie, jak Ogród Luksemburski w Paryżu, pracują setki osób.

Niektórzy urbaniści twierdzą, że rozszerzeniem przestrzeni publicznej jest dziś Internet i cyberprzestrzeń. Co Pan o tym sądzi?

- Nowe technologie stwarzają wiele nowych możliwości. To wygląda trochę tak: gdy w parku jest miejsce do biegania dla psów, będzie przychodzić więcej ludzi z psami. Gdy jest tam  bezprzewodowy dostęp do Internetu, pojawią się ludzie ze swoimi laptopami. Mogą komunikować się ze sobą, choćby grając w gry w lokalnej sieci bezprzewodowej. I o to właśnie chodzi – by porozumiewali się ze sobą w przestrzeni publicznej. Technologie  komunikacyjne mogą stymulować tę łączność. Jest przy tym też dużo zabawy.

Badanie, w jaki sposób ludzie komunikują się i oddziałują na siebie w przestrzeni publicznej było właśnie początkiem Pana pracy i działalności PPS…

- W latach 60. obserwowaliśmy, jak ludzie korzystają z przestrzeni publicznych. Robiliśmy zdjęcia, kręciliśmy filmy i rozmawialiśmy z przechodniami. Ucząc się tego, zaczęliśmy mieć pomysły, jak można by usprawnić funkcjonowanie niektórych miejsc. Najpierw pracowaliśmy w niewielkiej skali: chcieliśmy ustawić ławki na Piątej Alei w Nowym Jorku; postawiliśmy cztery. Znaczącym osiągnięciem było przekonanie właścicieli posesji na Manhatanie, by na murkach przy kwietnikach zamiast kolców umieścić ławki. Potem okazało się, że możemy dokonać rzeczy znacznie większych – opracowaliśmy plan rozwoju Bryant Park’u Nowym Jorku. To opuszczone, zaniedbane miejsce było zdominowane przez handlarzy narkotyków. W wyniku naszych działań handlarze zniknęli, a do parku zaczęły przychodzić codziennie tysiące ludzi. Od tego czasu dostawaliśmy kolejne zlecenia w Stanach, teraz działamy już w wielu krajach: pracujemy na terenie całych dzielnic San Diego i Waszyngtonu, przy projekcie fragmentu nabrzeża w Hongkongu; w Dubaju, w miejscu, w którym teraz jest tylko piasek, planuje się dwa nowe miasta nad morzem. To będą wielkie przedsięwzięcia, warte dziesiątki miliardów dolarów. W Vancouver, Toronto i wielu innych miastach szkolimy personel miejskich urzędów tak, by przekazać ideę zintegrowanego, interdyscyplinarnego tworzenia miejsc. Jeździmy też na konferencje, jak ta w Krakowie, na których spotykają się ludzie z całego świata.

Czy udaje się skutecznie pracować w tak różnych kontekstach kulturowych?

- Przede wszystkim, zawsze polegamy na ludziach mieszkających w danym miejscu. Na przykład do Serbii zaprosiły nas i wykorzystały nasze metody pracy dwie dziewczyny z organizacji pozarządowej. Potem przetłumaczyły wszystko, czego się dowiedziały na serbski i dostosowały do lokalnego kontekstu społecznego. To one znały miejsce i mieszkańców – sami nie bylibyśmy w stanie tego zrobić. Przekazaliśmy im wiedzę, a teraz działają same i szkolą innych. I to jest nasza filozofia.

W Krakowie pracowaliśmy na jednym z placów na Kazimierzu. Przeprowadziliśmy szkolenie z Polakami, którzy byli nim zachwyceni. Gdy mówili po polsku, nic nie rozumiałem, ale nie musiałem rozumieć – ważne było, czego oni chcą, a nie, co ja myślę. Możemy zorganizować i poprowadzić proces projektowania i budowy oraz wymyślić, jakie zadanie podjąć razem z lokalną społecznością w krótkim terminie, ale aranżujemy wszystko tak, by to od niej wychodziły rozwiązania. Jesteśmy tylko moderatorami – mówimy: To wy wiecie, co trzeba zrobić. Tylko ktoś musi się tego od was dowiedzieć. Właśnie ten proces pozyskiwania wiedzy od lokalnej społeczności jest podstawą stworzenia dobrego miejsca, jednak wiele osób wciąż się obawia takiego sposobu działania.

Rozmawiał Michał Stangel

Fred Kent jest założycielem i prezesem organizacji Project for Public Spaces. Od 1975 roku kilkuosobowe stowarzyszenie rozrosło się do rozmiarów pozarządowej organizacji, wspierającej tworzenie i utrzymanie tętniących życiem, wielowartościowych przestrzeni publicznych w Stanach Zjednoczonych i na całym świecie. Rozmowa odbyła się w związku z konferencją „Great Places, Great Cities”, która miała miejsce w Krakowie 9-10 listopada 2006 roku – relację z tego wydarzenia zamieszczamy na stronie obok